novin_ha: Buffy: gotta be a sacrifice (Default)
[personal profile] novin_ha
I've heard there are wars between Hr/H and Hr/Ron shippers. I guess if it's so, there must be wars between the Ginny/Harry and, say, Ginny/Draco shippers? Or something such?

I have no idea. But I firmly believe that a story is a story, regardless of the ship. For one, I don't ship Harry/Ginny. To be honest, I'm not interested in the within-generation shippy stories. If I want to read a young-generation story, unless it's slash, I'll probably take some genfic.

But a story is a story. And I try not to dislike anything. The only thing I truly do not read is femmeslash - simply not my thing.

So I post my newest story under the cut. It's Ginny/Harry. I've been told it's fluffy, but I don't think so. It's kind of sad for me. But whatever.

It's in Polish. I plan to translate it, some time in the future.
So if you speak Polish, feel invited to...




Notka autorki (bo jest ona gadatliwa i w ogóle nie potrafi się zamknąć):
To jest właśnie taki fanfik, jakiego nie miałam nigdy napisać. Nie dość, że w pierwszej osobie (a Novinha nie pisze w pierwszej osobie ;)) i dziwna, achronologiczna narracja, to jeszcze koncentruje się na tych postaciach, za którymi nie przepadam i o których nigdy, ale to nigdy nie czytam fanfików. Do tego bardzo szybko wpadłam na tytuł. Dedykuję tego fika Julii, która wierzy w heteroseksualizm Harry’ego.

Powiedziano mi, że nieco lukrzaste, więc jeśli szukacie czegoś ściśle angstowego, to nie tutaj. Powiedziano mi też, że pewne pomysły podobne do tych z Irytkowego „Końca świata”. Z góry zaznaczam, że nie miałam z Irytka fikiem jak dotąd nic do czynienia, ale planuję nadrobić braki. Wszelkie podobieństwo jest więc ściśle przypadkowe i proszę mi nie zarzucać plagiatu. Plagiat jest be. Novinha nie popełnia plagiatów. Nie dajcie się odstraszyć tytułowi. Bo to właściwie nie romans jest, ale winieta na temat dorastania.

Weselmy się – Harry Potter and the Half-Blood Prince już w sobotę!
A następny rozdział „Wilczych dni” bardzo niedługo.


Szczypta miłości


Moja mama mówiła mi często, że zapach jedzenia to zapach miłości. W domu zawsze coś się piekło, gotowało albo smażyło. Nawet, gdy chłopcy byli w szkole. Po prostu uwielbiała karmić ludzi – żaden gość nigdy nie zdołał uciec od nas chociażby nie spróbowawszy jakiegoś jej przysmaku. A gdy wszystko było już sprzątnięte i przygotowane, mama siadała za stołem i cerowała wiecznie dziurawe skarpetki, słuchała audycji w starym, zdezelowanym radiu i opowiadała nam bajki o potężnych czarodziejach, mądrych czarownicach i cudownym dziecku, którego nie potrafił zabić nawet Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.

Moi bracia, jak to chłopcy – woleli spędzać czas na dworze, śmigając na miotłach, biegając, wdrapując się na drzewa, dokuczając sobie nawzajem… A ja robiłam co mogłam, by być siódmym synem, nie jedyną córką. Dziewczyny są nudne. Wierzyłam, ze lepiej jest urodzić się chłopcem i za nic nie chciałam spędzać czasu na „dziewczyńskich” zajęciach. Ale mama nalegała, żebym chociaż trochę czasu spędzała ucząc się tego, co nazywała „kobiecą magią”. Protestowałam – mamy w końcu dwudziesty wiek, czarownice są równouprawnione! – ale z czasem polubiłam te nasze wspólne chwile. Uczyłam się piec, gotować i szyć przy pomocy zaklęć. Niektóre z nich są pewnie starsze niż Hogwart, przekazywane z pokolenia na pokolenie czarownic. Małe błogosławieństwa, by ciasto wyrosło. Inkantacje rzucane bez użycia różdżki, sprawiające, że chleb nie pleśnieje. Mamrotane uroki, dzięki którym szwy się nie rozchodzą. I wreszcie zaklęcia rzucane samymi gestami, których sensu nawet mama nie znała do końca, ale które były według niej ważne i potrzebne.

- Nie wiem, co dokładnie robi ten gest, Ginewro – mówiła do mnie poważnie, składając palce na krzyż i przebierając nimi, podczas gdy ja powstrzymywałam się od śmiechu. To było na swój sposób komiczne, ale wiedziałam, że sprawiłabym mamie przykrość natrząsając się z jej zwyczajów, nawet jeśli były objawami przesądów. – Może dzięki nim chleb lepiej wyrasta, może jest zdrowszy, może skórka bardziej chrupiąca… A może gdybym ich nie użyła, niczego by to nie zmieniło w jego wyglądzie i smaku. Ale może to właśnie jest to, co nazywamy szczyptą miłości.

Wtedy nie rozumiałam jej słów tak dobrze, jak teraz.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Harry’ego – na stacji Kings Cross, gdy odprowadzałam czterech z moich braci na pociąg do Hogwartu. Jakże im wtedy zazdrościłam! Oni jechali odkrywać zupełnie nowy świat, uczyć się zaklęć i eliksirów, poznawać nowych przyjaciół i spotkać najpotężniejszego czarodzieja naszych czasów (a może i wszechczasów) – Dumbledore’a. A gdy dowiedziałam się, że Ron będzie na jednym roku z samym Harrym Potterem, Chłopcem Który Przeżył – że ten blady, ciemnowłosy, zielonooki chłopiec, któremu mama pomogła przejść przez barierkę jest właśnie moim bohaterem – bohaterem, o którym wysłuchiwałam opowieści… Nie mogłam tego przeboleć. Dlaczego nie urodziłam się rok wcześniej? Najlepiej jako chłopiec?

Minął rok, nim spotkałam się z Harrym, najpierw w domu, potem w szkole. Nie zauważał mnie. Byłam tylko młodszą siostrą, dziewczyną – ale nawet nie mózgiem drużyny, jak Hermiona. Zazdrościłam jej. Zazdrościłam Ronowi. Nie wiedziałam, że mój czas przyjdzie później.

Moja złość, poczucie odrzucenia pomogły Sami-Wiecie-Komu wykorzystać mnie. Złożyłam swe zaufanie w złych rękach – czy raczej złym, mrocznym, pokręconym umyśle.

Kiedy na krótką chwilę ocknęłam się w Komnacie Tajemnic, zobaczyłam parę zielonych oczu. Wiedziałam, że to, co do niego czuję, jest na zawsze. I że muszę poczekać.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Harry wraca z pracy zmęczony. Wokół jego oczu pojawiły się pierwsze zmarszczki. Na początku pomyślałam, że jest przecież za młody. Włosy ma wciąż kruczoczarne, ciało gibkie i muskularne. Ale przecież ja sama mam już trzydzieści trzy lata, on jest starszy o rok – to niby niewiele, zwłaszcza dla czarodzieja, ale biorąc pod uwagę to wszystko, przez co przeszedł… To cud, że wygląda tak dobrze.

Kiedy patrzę w jego oczy – piękne, zielone tęczówki, tak często skrywane za grubymi szkłami – widzę bolesną wiedzę której nie powinien posiadać. Zbiera mi się wtedy na płacz. Chcę opłakiwać tych, którzy zginęli – mamę, Billa, Hagrida, Dumbledore’a, McGonagall, Syriusza, Lavender, Seamusa, Flitwicka… ale najbardziej chce mi się płakać, nad bezpowrotnie wydartą Harry’emu niewinnością.

Nie pytam go, jak minął dzień. Jeżeli chce, to sam mi opowie – o starszym aurorze, który nie chce wysłać go w teren, o poleceniu służbowym stawienia się na kolejnym bezsensownym raucie, o dwudziestoletniej sekretarce z nogami do szyi, która bezskutecznie usiłuje poderwać Remusa, albo nawet o kolejnym śledztwie, w sprawie czarodzieja, który jest zamieszany w przemyt narkotyków z Rosji albo przecieku informacji z Ministerstwa Gier i Sportów… A jeżeli nie chce mówić, nie ma sensu go popędzać.

Kiedy patrzę w jego oczy, tak mądre i stare, czuję się znowu jak tamta dwunastoletnia, po uszy zakochana gówniara. Byliśmy wtedy pełni energii. Rzucaliśmy się na główkę w przygodę za przygodą. Nie wiem, czy tęsknię za tamtym czasem. Na pewno żal mi mojej naiwności. Wiary w opowieści.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Czy jestem z nim szczęśliwa? Tak. Jest miłością mojego życia, wiem to właściwie od zawsze. Kiedy przywołam na jego usta uśmiech; kiedy widzę, jak twarz mu się rozświetla radością; kiedy otwieram usta pod jego ustami i kiedy stajemy się jednym – wtedy wiem, że moje życie osiągnęło spełnienie.

Czy on jest ze mną szczęśliwy? Teraz tak. Chciałabym być miłością jego życia. W pewien sposób pewnie jestem. Kiedyś karmiłam się wiarą, że narodziłam się po to, by z nim być. Że niezależnie od wszystkiego było nam to pisane. Że jestem jego bratnią duszą, drugą połową, odwiecznie przeznaczoną ukochaną.

Nie była to moja rola. To, że z nim jestem, jest dziełem na pół przypadku, a na pół mojej własnej żelaznej determinacji i wiary w to, że możemy być razem szczęśliwi. Mogliśmy i możemy. Jesteśmy. Mimo, że to nie miałam być ja.

Czasami bajki się nie spełniają. A czasami to, co wydaje nam się spełnioną bajką, wcale nią nie jest.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Wiedziałam, że wydaję mu się dzieciakiem. Umawiałam się ze starszymi chłopakami, z Gryfonami, Puchonami i Krukonami. Przez kilka tygodni chodziłam nawet ze Ślizgonem w moim wieku, ale nie rozumiał, że „nie” znaczy „nie” i zbyt nachalnie dobierał mi się do majtek. Czekałam na Harry’ego. Chciałam, by ten pierwszy raz był moim darem dla niego.

Nie udało mi się wzbudzić jego zazdrości. Teraz, z perspektywy czasu, rozumiem, że zachowywałam się po szczeniacku – on miał głowę zaprzątniętą wojną, przeznaczeniem, proroctwami i Voldemortem. Nie dziewczynami. Dopóki nie zainteresował się nią.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Wpadliśmy na siebie jakieś cztery lata po zakończeniu wojny. Oczywiście, widywaliśmy się na różnych urodzinach, imprezach w Ministerstwie, spotkaniach, parapetówkach… Nasz krąg znajomych był niemal wspólny. Mama zawsze traktowała go jak kolejnego Weasleya, a tata po jej śmierci także niemal go adoptował. Ale ja go unikałam. Na przyjęciach trzymałam się z dala. Nie zamieniliśmy nigdy więcej niż kilku zdań. Byłam przekonana, że nie mam szans – nie przy niej – i chciałam wyleczyć, a przynajmniej zaleczyć, złamane serce. Chciałam zapomnieć.

Ja właśnie wychodziłam, on wchodził do Banku Gringotta. Niechcący szturchnął mnie i upadła mi torebka. Monety, szminka i te wszystkie drobiazgi, które czarownica nosi przy sobie, rozsypały się po ulicy. Początek w zaiste miernym stylu – pomyślałam. Pomógł mi w zbieraniu. Nasze spojrzenia spotkały się… i zrozumiałam, że nie uda mi się zapomnieć. Choćbym poszła na koniec świata i wróciła, choćbym sypiała z kim popadnie, choćbym wyszła za mąż za innego i urodziła mu dzieci – Harry wypalił swój obraz na wewnętrznej stronie moich powiek. Wiedziałam, że gdy zamknę oczy, on tam będzie.

Patrzył na mnie z nieukrywaną sympatią. Byłam jego przyjaciółką, prawda?

Zaprosił mnie na kawę. Zgodziłam się.

Niewinność zabrała mi wojna. Ale tej nocy jemu oddałam swoje dziewictwo.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

- Ty… nigdy? Ginny, dlaczego mi nie powiedziałaś? To musiało cię boleć… nie powinienem był…

- Nie mów tyle. Byłeś cudowny.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Rano wyszedł. Powiedział, że wróci. Nie wrócił – a ja wiedziałam, że mnie nie kocha. Nie byłam naiwna. Kochał ją, a ja byłam tylko chwilowym sposobem na to, by zapomnieć.

To ja wpadłam do niego. Ucieszył się. Zostałam na obiedzie, który razem ugotowaliśmy, a potem na noc. Rano skoczył po ciepłe bułeczki i przyniósł mi śniadanie do łóżka. Myślę, że zrozumiał, że widzę jego. Nie bliznę. Zakochałam się w Chłopcu Który Przeżył, ale kochałam Harry’ego.

Zostałam na trzy lata.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

- Dzieci są błogosławieństwem, Ginny – mówiła mi mama. – Ojciec i ja nigdy, ale to nigdy nie żałowaliśmy, że mamy was tyle. Każda ciąża była dla mnie wielką radością i każde kolejne dziecko uczyniło moje życie trochę piękniejszym. Nie mówię, że nie wolałabym mieć dość pieniędzy, by zapewnić wam wszystkie wygody – ale popatrz na Lunę Lovegood. Jej tata ma dość galeonów, by kupować jej, co tylko zechce. Ale czy nie oddałaby wszystkiego co ma za to, by jej mama żyła? A w dodatku jest sama z ojcem, nie ma nawet siostry czy brata. Zobacz, jak często do nas wpada – brakuje jej kontaktu z rówieśnikami. Cieszę się, że jesteś dla niej taka miła. Pamiętaj, by jej nie zazdrościć – nie masz jej czego zazdrościć. Ona z pewnością wolałaby mieć pełną rodzinę, niż stosy pieniędzy.

Nie zazdrościłam Lunie jej galeonów.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Oczywiście, że zdarzały nam się kłótnie. Ale zwykle były to tylko małe sprzeczki, nic poważnego. Kto ma pozmywać garnki, jaki mugolski polityk powinien wygrać wybory w Wielkiej Brytanii, czy powinien pić kawę przed śniadaniem, który dwudziestowieczny pisarz jest najlepszy. W każdym związku zdarzają się gorsze i lepsze dni. Nie byłam nieszczęśliwa, ale nie czułam się też spełniona. Harry nie kłamał. Nigdy nie powiedział mi, że mnie kocha. Ja mówiłam mu, że go kocham, starając się, by nie brzmiało to, jakbym naciskała na niego, by odpowiedział podobną deklaracją. Nie robiliśmy planów na przyszłość, ale miałam nadzieję, że z czasem zapomni o niej i pokocha mnie. Wcześniej mówiłam, ze nie byłam naiwna? Byłam. Po prostu w inny sposób. Ciągle myślałam, że zdołam zająć jej miejsce.

Pierwsza prawdziwa kłótnia oczywiście musiała zacząć się od niej. Harry pochwalił ją przy mnie. Od samego rana miałam zły humor i to dopełniło czary. Zaczęłam coś wykrzykiwać, sama już nie wiem, co.

- Virginio…

- Jak mnie nazwałeś? – Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

- Virginią. – Nawet nie wiedział, w czym tkwi problem.

- Mieszkamy… sypiamy… jesteśmy ze sobą od trzech lat, a ty nawet nie wiesz jak mam na imię? – spytałam z niedowierzaniem.

Wyszłam. Myślałam, że to koniec. Byłam wściekła i zraniona. Wiedziałam, że mnie nie kocha, ale nie sądziłam, że znaczę dla niego aż tak niewiele. Płakałam, idąc ulicą.

Trzeba mieć moje szczęście, by właśnie w takiej chwili wpaść na Snape’a.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Harry nie przepada za wychodzeniem z domu na obiad. Jeżeli idziemy do Hogsmeade albo na Pokątną, zawsze wlecze się za nami wataha reporterów, czyhających na jakiś kąsek naszej prywatności nadający się do przeinaczenia, sfotografowania i sprzedania. Jeżeli mamy już gdzieś iść, to wybieramy się do mugolskiego Londynu albo załatwiamy sobie świstoklik do jakiegoś egzotycznego miejsca, gdzie nikt nas nie zna. Kiedyś zaskoczył mnie biletami do mugolskiego teatru w Nowym Jorku. Przedstawienie było dobre, ale nie potrafiłam powstrzymać chichotu z powodu śmiesznego akcentu aktorów. Później wybraliśmy się na kolację i spacer. Najwspanialsze w tym wszystkim było to poczucie normalności – nie byliśmy państwem Potter, ale dwójką ludzi na randce.

Wtedy nie był jeszcze we mnie zakochany. Kiedyś myślałam, że zakochanie przychodzi na początku. Harry nawet tę zasadę złamał.

Piliśmy szampana i kochaliśmy się w hotelowym apartamencie, na królewskim łóżku. Wyznał mi miłość nad ranem, gdy patrzyliśmy na wschodzące słońce i obojgu nam zamykały się oczy.

- Kocham cię, Ginny – powiedział. – Ginevro.

Myślał, że mówi szczerze, ale ja słyszałam w jego głosie wahanie. Nie przerażało mnie to ani nie przygnębiało. Rozumiałam wtedy, że może ona była romansem, płomieniem i światłem – ale ja byłam powietrzem, które pozwalało mu oddychać i portem, w którym mógł przetrwać sztormy. A co najważniejsze, ja byłam z nim na co dzień.

Zamierzałam wtedy o niego walczyć. Zwątpienie przyszło później.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Przywitał mnie moim własnym imieniem, co natychmiast nastroiło mnie bojowo – może to i nielogiczne, ale miałam do niego żal o to, że on wiedział, a mój ukochany nie. Snape. Patrzył na mnie badawczo i w końcu zapytał, czy wpadłabym do Hogwartu. Oznajmił, że nie może już znieść ciągłych narzekań profesor Granger na to, że jej nie odwiedzam.

- Dopiero co wczoraj, przy kolacji, wspomniała, że dawno się nie widziałyście. Praca nie zostawia jej za wiele czasu na podróże, ale ty mogłabyś przecież ją odwiedzić, prawda? Bardzo by się ucieszyła.

Miałam na końcu języka pytanie o to, dlaczego tak obchodzi go dobry humor Hermiony, ale przezornie powstrzymałam ciekawość. Poczułam wdzięczność za to, że odciągnął moje myśli od Harry’ego.

Pociągając nosem oznajmiłam, że właściwie mogę wpaść do Hermiony teraz. Podał mi chusteczkę i, nieco zdziwionym tonem, odpowiedział, że nie widzi przeszkód. W Dziurawym Kotle kupiłam garść Proszku Fiuu i wrzuciłam go w płomienie. Wstąpiłam w płomienie i przeniosłam się do Hogwartu.

- Ginny? Co za niespodzianka! Tak się za tobą stęskniłam! Wiesz, jak trudno mi się stąd wyrwać. Opowiadaj, co u ciebie?

Wybuchłam płaczem. Hermiona zabrała mnie do swojego pokoju i, kawałek po kawałku, wyciągnęła ze mnie całą historię. Opowiedziałam jej, jak zakochałam się w Harrym i jak z nim zamieszkałam, świadoma tego, że on nie odwzajemnia moich uczuć. Mimo, że przecież część tej historii znała. Wreszcie, przyznałam się do trapiącego mnie ostatnio przygnębienia i o tym, jak okazało się, że Harry nie zna mojego imienia.

Hermiona nigdy nie była zbyt dobrym słuchaczem. Ma denerwujący zwyczaj przerywania, by wypowiedzieć własne zdanie. Kiedyś wydawało mi się, że to oznaka jej egocentryzmu, że jest przemądrzała. Teraz wiem, ze po prostu stara się pomóc, ale nie za bardzo wie jak. Dajcie jej książkę i problem, a rozważy go logicznie i rozumowo i zapewne będzie miała rację. W obliczu cudzych – lub, co gorsza, własnych – rozterek emocjonalnych, nie ma najczęściej pojęcia, co zrobić. Tym razem jednak pozwoliła mi wszystko z siebie wyrzucić zanim odpowiedziała:

- Wplątałaś się w niezły bałagan, Ginny. Przecież sama mi kiedyś mówiłaś, że nie wolno wiązać się z kimś, na kim ci zależy, jeżeli nie odwzajemnia tego uczucia.

Popatrzyłam na nią przez łzy.

- Powinnam słuchać własnych rad.

Długo gadałyśmy. Piłyśmy herbatę, jadłyśmy zimne kanapki i nie wychodziłyśmy z jej pokoju. Pod wieczór do drzwi ktoś zapukał, a Hermiona otworzyła drzwi, oznajmiła:

- Nie teraz. Jutro porozmawiamy.

I zamknęła drzwi na klucz. Dyskutowałyśmy i rozważałyśmy opcje. Hermiona uświadomiła mi, że właściwie Harry mógł nie znać mojego pełnego imienia – nikt nigdy mnie nim nie nazywał w jego obecności – i że przesadziłam. Problem nie leżał w tym drobiazgu, raczej w tym, że oczekiwałam od naszego związku czegoś, czego Harry nie mógł – nie potrafił – mi dać.

- Zasługujesz na coś więcej, Ginny.

Zasługiwałam na coś więcej. Postanowiłam zacząć tego szukać.

Zostałam u Hermiony na noc. Było już późno i padałam z nóg.

Ranek spędziłam w łazience, wypluwając z siebie wnętrzności. Opadł mnie blady strach – to nie mogło być to, co myślałam… Najgorszy możliwy moment… Chciałam wrócić do domu, twierdziłam, że musiałam czymś się struć, albo wychodziło ze mnie napięcie. Hermiona była nieubłagana. Zaprowadziła mnie do pani Pomfrey, która potwierdziła moje podejrzenia.

Byłam w ciąży.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Czy można być zazdrosną o kogoś, kto właściwie nie żyje? Ja bardzo długo byłam. Nienawidziłam jej gorąco za to, ze zabrała mi Harry’ego, a potem nie potrafiła pozwolić mu odejść. To było zupełnie nieracjonalnie – w końcu to nie ona nie dawała mu odejść, to on kurczowo trzymał się jej wspomnienia.

Kłóciliśmy się o nią często, zwłaszcza w ciągu pierwszych dwóch lat naszego małżeństwa. To o nią była nasza największa sprzeczka, pierwszy poważny kryzys naszego małżeństwa – no, nie licząc faktu, że mój mąż nie był we mnie zakochany.

- Dlaczego ciągle tam chodzisz?! – krzyczałam, stojąc w kuchni, patrząc, jak on ubiera się w płaszcz. – Czemu ona jest ważniejsza ode mnie? Co ona zrobiła dla ciebie, czego ja nie zrobiłam? Dlaczego wciąż ją kochasz?

Pierwszy raz powiedziałam to wprost. Że wiem, ze ją kocha. Że boli mnie to. Że chciałabym, by kochał mnie. Tylko mnie. Płakałam, a on stał bez słowa. Sięgnęłam po stojący na stole talerz i cisnęłam nim o ziemię. Nie pomogło. Może gdybym cisnęła nim w niego, to pomogłoby. Nie zamierzałam sprawdzać.

- Wynoś się stąd! – krzyknęłam wreszcie. – Wynoś się, słyszysz? Nie chcę cię widzieć!

Zawahał się, zrobił krok do przodu, ale ja sięgnęłam po drugi talerz.

- Idź już! Nie chcę cię widzieć, całe to małżeństwo było jedną wielką pomyłką! Nie powinnam była dać się namówić!

Skrzywił się i wreszcie wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. Opadłam na podłogę, oparta plecami o szafkę i łkałam spazmatycznie, nie mogąc złapać powietrza.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

- Nie wyjdę za niego. Nie żyjemy w osiemnastym wieku, mogę urodzić nieślubne dziecko. Mogę je sama wychować. To moja sprawa, moje dziecko i moja decyzja. Nic mnie nie obchodzi, czy chce mnie znowu ratować, tym razem od niesławy. Mam niesławę w dupie.

- Jesteś dla niego niesprawiedliwa, Ginny. Jemu naprawdę zależy, na tobie i na dziecku. Chce, byście byli rodziną. Chce, żeby dziecko było szczęśliwe, żebyś ty była szczęśliwa.

- Dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Mam jego chęci w głębokim poważaniu. Niech się nimi wypcha, a potem zadławi swoją szlachetnością. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego.

- Ginny… to wasze wspólne dziecko. On też ma do niego prawo.

- Gadasz jak katarynka, Ron. Odczep się ode mnie.

- Proszę tylko o jedno. Przemyśl to. Porozmawiaj z nim.


…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Ślub był piękny. Udzielił go nieznany mi łysy urzędnik z krzywymi zębami. Mimo tego wszystkiego, jego uśmiech wydawał mi się najpiękniejszy na świecie. Sprawiał wrażenie, jakby szczerze się cieszył naszym szczęściem. Tym, co uważał za nasze szczęście.

Do dziś nie rozumiem, dlaczego nam się to przytrafiło. Mam ochotę krzyczeć z bólu. To było niesprawiedliwe, okrutne, złe… Dlaczego [i]nam[/i]? Może naiwnie wierzyłam, że już wycierpieliśmy swoje. Że to zło, które nam obojgu się dotąd przytrafiło oznacza, że wisi nad nami jakiś ochronny parasol.

Są rzeczy, których magia nie potrafi przewidzieć ani powstrzymać. Nasze maleństwo, nasza mała córeczka… Umarła. Poroniłam w dwa tygodnie po ślubie.

Czasami śnię o niej. Miałaby kręcone, czarne włosy. Byłaby wesoła i śliczna, mądra i dobra. Ale nie żyje.

Pochowaliśmy ją na cmentarzu, koło rodziców Harry’ego. Powiedział mi, ze pierwszy raz od kilku lat odwiedził ich grób – był na nim tylko raz, tuż po tamtej bitwie. To było zbyt bolesne. Nie radził sobie. Teraz oboje dzieliliśmy niewypowiedziany ból.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Wrócił wieczorem. Siedziałam za stołem w kuchni. Posprzątałam wcześniej talerze, umyłam twarz. Już nie złościłam się. Podszedł do mnie, niepewny i zawstydzony. Położył mi dłoń na ramieniu. Nie odepchnęłam go.

- Przepraszam, Ginny – powiedział. – Jestem ślepym głupcem. Nie zastanawiałem się, jak musi cię to boleć. Że do niej wracam. Pamiętam, jak kiedyś powiedziałaś mi – wtedy, przed naszym ślubem – że wiesz, że cię nie kocham, nie tak. Nie zaprzeczyłem. Wiedziałem, że nie uwierzyłabyś mi. Może i słusznie. Ale uwierz mi, proszę – że cię kocham. Bardziej z każdym dniem. Ona… nie zapomnę o niej, Ginny. Nie mogę. Nie potrafię. Nie chcę. Ale to tobie przysięgałem miłość. I to nie są dla mnie puste słowa, Ginny. Kocham cię, bardziej niż moje życie.

Pozwoliłam mu, by mnie tulił. Płakałam cicho, a on kołysał mną i całował moje włosy. I byłam w domu.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Staliśmy w jej pokoju. Siedziała w łóżku, podparta na poduszkach. Jej puste oczy zdawały się spoglądać w przestrzeń, ale uzdrowiciel powiedział mi, że to tylko wrażenie.

- Nie widzi ani nie słyszy. Jest właściwie warzywem, nie nawiązuje żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym.

- Ale skąd to wiecie? – nalegał Harry. – Czy przebadał ją wyszkolony Legilimens? Może nie potrafi się porozumieć ze światem zewnętrznym…

- Panie Potter – z całym szacunkiem, ale ja jestem specjalistą. Została przebadana. Nie myśli o niczym, nawet nie śni. Jej tu nie ma. Nie możemy wykluczyć, że w przyszłości zostanie opracowana metoda pozwalająca przywrócić duszę osobie, którą pocałował dementor, ale na dzień dzisiejszy nic więcej nie można dla niej zrobić.

Nie oczekiwał innej odpowiedzi. Razem podeszliśmy do łóżka.

- Czy mógłby pan… zostawić nas samych? – spytałam. – To sprawa rodzinna.

Uzdrowiciel skinął głową i powiedział, że mamy jakieś dwadzieścia minut. Po jego wyjściu długo staliśmy bez słowa. Wreszcie Harry przemówił:

- Luno… Nie wiem, czy możesz mnie słyszeć. Ale jeżeli gdzieś tam jesteś… Chciałem przedstawić ci moją żonę, Ginny.

Przez chwilę wahałam się, nim podeszłam do niej i pogłaskałam jej włosy. Były rzadkie i nieco tłuste. Jej twarz miała nieobecny wyraz – i ona sama też była przecież nieobecna. Po raz pierwszy od dawna poczułam do niej sympatię – byłyśmy kiedyś przyjaciółkami. Przed Harrym.

- Bardzo ją kocham, Luno – powiedział, a ja słyszałam w jego głosie prawdę. [i]Jej[/i] by nie skłamał. – Jesteśmy szczęśliwi. Wiem, że tego byś dla mnie chciała.

Popatrzyłam na niego i poprosiłam:

- Czy możesz zostawić nas na chwilę same?

Skinął głową i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

- Przez długi czas byłam o ciebie śmiertelnie zazdrosna. Mimo, że byłaś martwa… to znaczy… nie wiem, jak to nazwać. Podobno odebrano ci duszę. Nie wiem, czy to prawda. Ale przejdę do rzeczy. Nienawidziłam cię za to, że z tobą pierwszy raz się kochał. Że o tobie marzył, z tobą chciał mieć dzieci… Byłaś moim wrogiem. Ale teraz…
Teraz rozumiem, że to dzięki tobie Harry jest tym, kim jest. Że dałaś mu siłę, by przetrwał. I dziękuję ci za to. Nie jesteśmy wrogami ani rywalkami. Obie go kochamy.

Jej czoło było chłodne i lekko wilgotne od potu. Złożyłam na nim pocałunek i przez moment miałam wrażenie, że coś się zaraz wydarzy. Luna poruszy się, choćby drgnie, da mi jakoś znak, że wie o mojej obecności. Może to irracjonalne, ale byłam tego zupełnie pewna.

Chwila minęła, a oczy Luny pozostały puste i niewidzące.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Bardzo chciałabym urodzić Harry’emu dziecko. Dzieci są błogosławieństwem. Harry byłby świetnym ojcem, jestem tego pewna – jest w nim tyle ciepła, tyle miłości. Nawet gdy wraca zmęczony do domu, jego oczy i uśmiech mówią: kocham, gdy tylko na mnie patrzy. Dba o mnie. Opiekuje się mną. Jest moim bohaterem i wybawcą, ale jest też czymś więcej – moim mężczyzną. Nie drugą połową, ale jednak jakimś dopełnieniem.

Dzięki niemu jestem sobą… i to bardziej. On mnie wyzwala i wierzę, że ja wyzwalam jego. Chcę iść z nim za rękę aż do naszego ostatniego dnia. Chcę się z nim zestarzeć.

Na co dzień nie piekę chleba – to by było niepraktyczne i czasochłonne. Na ogół kupuję w mugolskiej piekarni niedaleko naszego mieszkania. Ale od czasu do czasu, zwłaszcza na święta, sama przygotowuję kilka bochenków, według przepisu mamy. I zanim wstawię ciasto do pieca, oprócz zwykłych zaklęć, mających wspomagać pieczenie, składam palce na krzyż i przebieram nimi w sposób, który na pewno rozśmieszyłby moją córkę, gdybym ją miała. I nie wiem, czy dzięki temu zaklęciu, jeżeli można to tak nazwać, chleb lepiej wyrasta, czy jest zdrowszy, czy skórka bardziej chrupiąca… A może gdybym ich nie użyła, niczego by to nie zmieniło w jego wyglądzie i smaku. Ale może to właśnie jest to, co nazywamy szczyptą miłości.

Mój Harry zasługuje na znacznie więcej niż szczyptę.

Profile

novin_ha: Buffy: gotta be a sacrifice (Default)
leseparatist

July 2017

S M T W T F S
      1
234 5678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags